Od dawna czułam, że aparat fotograficzny robi coś więcej niż tylko zapisuje obraz. On potrafi wydobyć z fotografowanej osoby coś, czego nigdy wcześniej nie było widać albo coś, czego osoba przed aparatem nie wiedziała wcześniej o sobie.
Czasem chodzi o okoliczności, w jakich się znajdujemy, czasem o stan emocjonalny, jaki nosimy w sobie, a jeszcze w innym momencie o to, jak się czujemy w czyimś towarzystwie. Każdy z nas ma wiele twarzy, a aparat jest w stanie to wyłapać.
W sesjach zdjęciowych czasem chodzi przede wszystkim o spotkanie. Bez pozowania. Bez myślenia o tym, jak się wygląda. Po prostu bycie przed obiektywem.
Takie spotkania obfitują w zdjęcia, które są prawdziwe. Są zapisem chwili, spojrzenia i surowej rzeczywistości.
Aparat jest trochę jak ktoś, kto potrafi spojrzeć na nas inaczej niż my sami. Jak ktoś, kto dostrzega rzeczy, które w codziennym życiu chowamy pod warstwą rutyny, obowiązków i przyzwyczajeń.
Na co dzień jesteśmy dość przewidywalni. Żyjemy w znanych gestach i zdaniach. Wiemy, kim jesteśmy - a przynajmniej tak nam się wydaje.
Ale kiedy stajemy przed obiektywem, dzieje się coś magicznego. Pojawia się chwila zawieszenia, chwila ciszy.
Ta milisekunda między „już” a kliknięciem migawki.
Ten krótki moment jest w stanie odkryć w nas kogoś nowego.
Fotografia to nie tylko spotkanie człowieka z obiektywem. To też spotkanie dwóch spojrzeń. Jednego, które patrzy przez aparat, i drugiego, które pozwala się zobaczyć.
I czasem w tej krótkiej wymianie pojawia się coś niecodziennego. Wyraz ludzkiej czułości wobec drugiej osoby.
Fotograf mówi wtedy bez słów:
widzę cię.
A osoba przed aparatem daje przyzwolenie na spojrzenie zza obiektywu:
dobrze, możesz patrzeć.
Może dlatego niektóre zdjęcia mają w sobie coś intymnego, nawet jeśli przedstawiają zupełnie zwykły moment. Patrząc na nie, czujemy, że wydarzyło się tam coś więcej niż tylko ustawienie kadru i światła.
Wydarzyło się małe odkrycie.
Czasem odkrywamy czyjąś historię.
Czasem czyjąś emocję, a czasem odkrywamy nową wersję samych siebie.